Dzieci - teletoksyny i syndrom "moral insanity"

Data publikacji: środa 20 lutego 2008
Autor: Jan Szafraniec Publikacje autora
Dział: Zagrożenia > Pornografia
Komentarzy: 2
Odsłon: 2865
Brak oceny -

David Aleksander Scott w swojej książce: „Pornography, its Effects on the Family, Community and Culture” [polskie wydanie w tłumaczeniu Krystyny Ostrowskiej [Gdańsk, 1995] podaje, że „za pośrednictwem transmisji satelitarnej i telewizji kablowej programy telewizyjne emitują corocznie około 400 miliardów scen przemocy i są w USA największym źródłem patologicznych i kryminogennych obrazów. 20 miliardów z nich to sceny pornograficzne [...]. Co najmniej 50 milionów widzów ogląda codziennie obrazy przesycone seksem, przemocą, destrukcją; 35 milionów już połknęło haczyk i jak leci ogląda wszystko, co jest nadawane”.

Autor powyższej monografii przytacza badania takich autorów jak: Singer, Eron, Huesmann, Zillmann i Donnerstein, którzy w swoich badaniach stwierdzili, że dzieci w wieku od 3 do 8 lat są najbardziej podatne i zarazem bezbronne na ten bezprzykładny atak telewizyjnego obrazu. Ten przedział wiekowy został przez nich nazwany „krytycznym okresem rozwoju”. Dzieci i młodzież z racji ubogiego doświadczenia życiowego, braku ukształtowanych i dojrzałych mechanizmów obronnych wykazują szczególną podatność na wszelkie oddziaływania [w tym telewizyjne] i zarazem uległość względem tych zachowań, zwłaszcza w sytuacji braku wzorców zachowań pozytywnych. Nic więc dziwnego, że kontakt z destruktywnymi wartościami, często społecznie aprobowanymi i przy nikłym krytycyzmie prowokuje do zachowań naśladowczych i identyfikacyjnych zazwyczaj niebezpiecznych i groźnych społecznie.

Pionierskie doświadczenia neurochirurga Wildera Penfielda z Uniwersytetu McGill w Montrealu dowiodły, że pod wpływem stymulacji elektrycznej płatów skroniowych możliwym jest ponowne przeżycie wydarzeń z przeszłości i związanych z nim stanów emocjonalnych. „Elektroda przyłożona do kory pamięciowej może wywołać powstanie obrazu, który zwykle nie jest statyczny. Obraz zmienia się w taki sam sposób, jak wtedy, gdy był widziany po raz pierwszy” [vide: Thomas A. Harris: W zgodzie z sobą i z tobą. Warszawa 1979].

Wyniki przeprowadzonych badań na ludzkim mózgu pozwoliły na wyciągnięcie wniosków, że nasz mózg funkcjonuje na podobieństwo bardzo dokładnego urządzenia, które zapisuje na taśmie pamięci każde doświadczenie życiowe, poczynając od urodzenia, a być może już od okresu prenatalnego. Możemy pokusić się o porównanie mózgu do magnetowidu, który na taśmie ludzkiej pamięci rejestruje i gromadzi informacje uzyskiwane za pomocą receptorów, rzec można niezmiernie czułych „recepcyjnych mikrofonów” wzroku, słuchu, dotyku, smaku, powonienia itd.

Tym sposobem eksperymentalnie potwierdzono trafność słynnego twierdzenia Arystotelesa: „nihil est in intellectu quin prius fuerit in sensu” [nie ma nic w umyśle, czego by przedtem nie było w zmysłach]. Zatem każdy obrót taśmy przynosi nową porcję przeżyć, które przekładają się na tzw. doświadczenie życiowe. W miarę upływu lat przybywa w mózgu zapisów [engramów], a wraz z nimi ubogaca się życiowe doświadczenie.

Rozpatrzmy proces gromadzenia informacji na przykładzie dziecka zasiadającego przed telewizorem. Spojrzenie na obraz telewizyjny jest uruchomieniem receptorycznego mikrofonu wzroku i słuchu a zarazem „przyciskiem” magnetowidowego klawisza, który uruchamia mózgową aparaturę i rejestruje wydarzenia ekranowe. Wydarzenia te zapisują się w korze pamięciowej nie tylko jako informacje, czy zdobyta tym sposobem wiedza, ale także rejestrowany bywa kontekst emocjonalny [strach, lęk], jak i ideogram emocjonalno – dążeniowy.

Przytoczone badania Penfielda dowodzą ich trwałości. To, że nie jesteśmy w stanie przywołać ich po latach w naszej pamięci nie jest dowodem na ich „wyparowanie”. One tkwią w „magazynach pamięci” i mają jakiś wpływ na nasze aktualne myślenie, emocje i dążenia. Nie zawsze potrafimy rozpoznać i zrozumieć przyczynowe uwarunkowania między zmagazynowanymi w czeluściach naszej pamięci śladami pamięciowymi [często odległymi w czasie], a sytuacją obecną. Mówiąc inaczej engramy zapisane na taśmie naszej pamięci determinują w jakiejś mierze nasze zachowanie.

Kanonada destruktywnych bodźców [dziecko amerykańskie w momencie ukończenia szkoły podstawowej ma za sobą 8000 ekranowych zabójstw i 200.000 scen gwałtownych, ukazanych zwłaszcza w kreskówkach], doprowadza do utraty wrażliwości na cierpienie i krzywdę innych przez stopniową redukcję emocjonalnego zaangażowania. Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu Stanu Missouri w Colummbii wydają się potwierdzać to przypuszczenie. Za pośrednictwem elektroencefalografii rejestrowano sygnał P300, będący automatyczną reakcją mózgu na informacje znaczące dla badanego. Mózgi osób nie mających doświadczenia brutalnych scen, reagowały sygnałem P300 w jedną trzecią sekundy po odebraniu znaczącej treści. Natomiast mózgi osób nasycone scenami brutalnych gier komputerowych reagowały słabiej i z pewnym opóźnieniem na rzeczywiste akty przemocy. Był to neurofizjologiczny dowód na to, że osoby skutkiem częstego kontaktu z ekranową przemocą stawały się niewrażliwe na rzeczywistą przemoc. Stwierdzono ponadto, że osoby te w sytuacji eksperymentalnej wymierzały bardziej surowe kary wirtualnym przeciwnikom w grze. Nic zatem dziwnego, że brutalne gry bywają wykorzystywane w szkoleniu żołnierzy w celu uodpornienia i zarazem znieczulenia ich reakcji w bojowym kontakcie z przeciwnikiem [vide: „Gry osłabiają wrażliwość” [vide: Nasz Dziennik – 2 luty – 2006].

Inne z kolei badania psychologów angielskich dowiodły współzależności między swobodą oglądania scen przemocy w dzieciństwie a późniejszym pełnieniem ról rodzicielskich w wymiarze stosowania kar cielesnych własnym dzieciom, które to kary były bardziej surowe i dotkliwe w przypadku tych rodziców, którzy w dzieciństwie mieli nieograniczony dostęp do ekranowej agresji.
Badania przeprowadzone przez Donnersteina i Zillmanna udowodniły, że osoby uczestniczące w projekcjach filmów ze scenami agresji seksualnej banalizowały gwałt, przestawały ujmować go w kategoriach przestępstwa, mniej współczuły ofierze gwałtu i interpretowały obronę ofiary jako grę erotyczna, a w czasie pozorowanych rozpraw sądowych proponowały niskie wyroki dla gwałcicieli [vide: J. Balicki, Zagadnienie reglamentacji rynku pornograficznego w społeczeństwie pluralistycznym Gdańsk, 1993].

W przytoczonych przypadkach mamy do czynienia z opisanym przez Dawida Aronsona efektem częstej ekspozycji polegającym na „polubieniu” bodźców często powtarzanych, które na początku mogły i z zasady wywoływały żywe reakcje sprzeciwu i oburzenia. Jednakże zbiegiem czasu skutkiem częstej ekspozycji osłabiają reaktywność organizmu sprowadzając ją do agonalnych reakcji, będących efektem osłabionej wrażliwości na krzywdę i nieszczęście innych [vide: Aronson E i inni, Psychologia społeczna. Poznań 1997].

Psychologowie przekonują, że dzieci kształtują własną osobowość skutkiem trzech mechanizmów psychologicznych: naśladownictwa, identyfikacji i internalizacji. Nie ulega wątpliwości, że codzienne „wgrywanie” dziesiątek, setek, tysięcy, milionów destrukcyjnych aktów, ma wpływ na kształtowanie osobowości. Młody umysł, nasączony wręcz „teletoksynami” przy braku – z racji wieku – dojrzałych mechanizmów odpornościowych ulega infekcji, której syndromem jest nowy typ zaburzeń psychicznych pod postacią niedorozwoju moralnego [moral insanity], którego osiowymi objawami są: brak sumienia, brak poczucia winy i niezdolność do miłości, przy sprawnym zazwyczaj intelekcie. Stąd powiedzenie, że szaleńcem nie jest ten człowiek, który postradał rozum, ale ten, który posługuje się wyłącznie rozumem.

Psychiatrzy zorientowani psychoanalitycznie tenże syndrom objawów nazywają „patologicznym typem charakteru”, albo nieprawidłową osobowością, którą dawniej określano takimi terminami jak psychopatia czy socjopatia, bądź osobowość antysocjalna. Osiowym objawem tego zespołu jest defekt czy też deficyt „superego” polegający na tym, że mamy wówczas do czynienia z niedostatecznym uwewnętrznieniem norm społecznych i brakiem ideału osobowego, czego efektem jest brak poczucia winy i niewrażliwe sumienie [vide: Andrzej Jakubik, Podstawowe kierunki psychiatrii dynamicznej, Warszawa 1989]. Nie mały udział w tym względzie ma wspomniana, codzienna kanonada bodźców teletoksycznych doprowadzająca do negatywnej internalizacji aspołecznych, subkulturowych norm i ukształtowanie tym samym nieprawidłowych wzorców osobowych. Tym sposobem dochodzi do społecznej psychopatyzacji, która przejawiać się może pod różnymi zachowaniami, bardzo często mieszczącymi się w granicach tzw. szeroko pojętej normy, której pojemność poszerza się w miarę postępującej liberalizacji i relatywizmu norm etycznych i zasad moralnych.

Za ilustracje niech posłuży dokonujące się w USA liberalizowanie przepisów dotyczących materiałów pornograficznych. Na początku obowiązywał test Hicklina, zgodnie z którym uznawano materiał za obsceniczny, jeżeli gorszył osobę najbardziej wrażliwą w społeczeństwie. Zazwyczaj jest nią dziecko. Następnie obowiązywał test Roth, który uznawał materiał za obsceniczny, jeśli gorszył on osobę przeciętną (average person). Po pewnym jednak czasie został zmodyfikowany jako test Roth-Mempris. Test ten uznawał materiał za obsceniczny jeśli gorszył osobę rozsądną (reasonable person). Ostatecznie zastąpiła go ocena ekspertów, którzy decydują, jakie materiały mają charakter gorszący [vide: J. Balicki, ibidem].

Nie trudno zauważyć, że przytoczony przykład jest świadectwem pełzającej desensytyzacji, rodzajem znieczulonej wrażliwości, która zaczyna przywdziewać szaty normalności stając się zachowaniem społecznie akceptowanym. Teza ta znajduje potwierdzenie w badaniach sondażowych. Badania przeprowadzone przez Biuro Programowe TVP [1996] wykazały, że większość telewidzów nie dostrzega już w programach scen, które denerwują, drażnią czy oburzają. Zdecydowana większość telewidzów akceptuje erotyzm i brutalność pod warunkiem kontrolowanej emisji. Zaledwie 15% telewidzów zastosowałoby w tej mierze ostre ograniczenia z wycinaniem scen dramatycznych. To kolejny przykład deficytowej wrażliwości, która nie omija nas, tzw. normalnych ludzi, a która rozrasta się we wszystkich wymiarach życia społecznego. Mamy do czynienia z powolnym, podstępnym, prawie niezauważalnym socjo czy psychopatyzującym procesem dokonującym przemian w zakresie naszego myślenia, emocji i codziennych zachowań [vide: J. Szafraniec, Telewizyjny zespół odwrażliwienia, Niedziela 13/96].

Doskonale ilustruje ten proces, opisany przez Victora B. Cline z Uniwersytetu Stanowego Utah syndrom seksualnej dewiacji jako rezultat oglądania pornografii z czterema charakterystycznymi okresami. Pierwszym z nich jest efekt uzależnienia (addiction effect), drugim efekt eskalacji (escalation effect), trzecim desensytyzacja (desesitization) i czwarty okres działanie wprowadzające patologię w czyn (act out) [vide: Cline B. Victor, Skutki pornografii, Gdańsk 1996]. W świecie tym na próżno szukać poczucia winy, poczucia przyjemności moralnej czy poczucia dobrze spełnionego obowiązku, które to elementy warunkują prawidłowo rozwijającą się osobowość.

Z tych też względów godzi się przywołać teorię dezyntegracji pozytywnej prof. K. Dąbrowskiego i rolę tzw. dynamizmów rozwojowych, bez których osobowość ulega psychicznej degradacji [vide: Kazimierz Dąbrowski, Pojęcia żyją i rozwijają się, London 1971]. Można z całym przekonaniem powiedzieć, że odpowiedzialność mediów mierzy się stopniem aktywizowania tychże dynamizmów w audiowizualnych propozycjach programowych. Dynamizmy te orientują nas w jakim punkcie drogi rozwojowej się znajdujemy. Czy funkcjonujemy na poziomie podpiwniczenia, czy też przeżywamy własne człowieczeństwo na najwyższych piętrach rozwojowych. Czy w realizacji własnego powołania znajdujemy się na linii startu, popełniamy falstart czy też zbliżamy się do mety?

Jednym z rozwojowych dynamizmów jest poczucie przeżywania wstydu. Wstyd jest sygnałem podmiotowego traktowania siebie i innych w odróżnieniu od bezwstydu wyrażającego przedmiotowy stosunek do siebie i innych. Innymi słowy wstyd „uczłowiecza”, bezwstyd „odczłowiecza”. Taki wstyd Jan Paweł II nazywa wstydem zbawczym [vide: K. Wojtyła, Miłość i odpowiedzialność, Lublin 1982]. Takiego wstydu nie musisz się wstydzić. Jeśli zatem nie przeżywasz wstydu jako reakcji na własne postępowanie to znaczy, że utraciłeś kontakt z prawdziwym człowieczeństwem. Zachodzi pytanie: czy teletoksyczne programy telewizyjne aktywizują poczucie przeżywania wstydu?

Z trudem albo w ogóle nie można znaleźć programu telewizyjnego, który aktywizowałby poczucie wstydu, można natomiast wyliczać bez końca sceny usposabiające do bezwstydu [pornografia]. W produkcjach tych w miejsce wstydu będącego zdrową reakcją na przekroczenie zasady „miłowania” osoby pojawia się bezwstyd będący konsekwencją „używania” osoby.

Jakże pożądanym, kolejnym dynamizmem rozwojowym jest poczucie winy będące objawem zdrady uznawanych wartości i potrzebą zadośćuczynienia. Jest symptomem wrażliwego sumienia.
Jeśli nie przeżywasz poczucia winy za zachowanie, którego jesteś sprawcą, to tak jakby rozjątrzonej ranie nie towarzyszyło poczucie bólu! Jeśli nie rozpoznajesz w sobie poczucia winy, nigdy nie wyjdziesz z lochów podpiwniczenia.

Przed kilkunastu laty Francuska Najwyższa Rada Audiowizualna zleciła badania porównawcze sylwetek osobowościowych bohaterów filmów amerykańskich i europejskich. Okazało się, że cechą znamienną ekranowych postaci w filmach amerykańskich był brak poczucia winy po dokonaniu czynu przestępczego, obojętność wobec ofiary gwałtu, niewrażliwe sumienie, brak zaniepokojenia własnym postępowaniem.

To postępujące uwstecznienie preferowane na ekranach kin i telewizorów zostaje niepostrzeżenie wkomponowane w psychikę dziecięcą poprzez mechanizm naśladownictwa i identyfikacji i wówczas fikcja ekranowej przemocy staje się przerażająca rzeczywistością wyobcowaną z poczucia winy, wyrzutów sumienia i wstydu.

Stężoną dawkę teletoksyn oferują nam niespotykane dotąd gatunki filmowe takie jak: splattery, slashery, horrory, thrillery, snaffy, porno, reality shows itp. Nie chodzi tutaj o zwykłą prezentację aktu przemocy, ile o otoczkę filozoficzną i przesłanie temu towarzyszące. Dziecięce mikrofony wzroku i słuchu wychwytują i rejestrują na pamięciowej taśmie teletoksyczne zachowania i wzorce, które bywają naśladowane w podwórkowych zabawach „na niby”, by ujawnić się następnie już „na serio” w realnym zachowaniu.

Dzieci te zatrute potężną dawką teletoskyn, pozbawione promocji pozytywnych wzorców osobowych, zauroczone kolorystyką ekranów, postawą „twardzieli” i kuszącej swobody zanurzają się w odmętach, które pochłonęły swego czasu Michała z Krakowa, Ireneusza z Gdańska, Tomka z Warszawy, Piotra z Kielc, Agnieszkę z Wrocławia, Wojtka z Gdańska, Marcina ze Starogardu, Anię Dybowską i wielu, wielu innych. Tak to, wyluzowane media formują wyluzowane dzieci, a te z kolei kreują wyluzowany świat.

Dlatego też musimy uczynić wszystko, aby na przekór lansowanej filozofii luzu, moralnego nihilizmu a nawet apoteozy zła – przybliżać wartości, a często wartości te reanimować, zwłaszcza tam gdzie znajdują się one w agonalnym stanie. Żeby tego dokonać musimy zrezygnować z postawy biernego słuchacza czy telewidza i przyjąć postawę aktywnego odbiorcy.

Do takiej reakcji zobowiązuje nas chrześcijan głos Stolicy Apostolskiej. Sługa Boży, Jan Paweł II podczas audiencji udzielonej Włoskiemu Stowarzyszeniu Słuchaczy Radia i Telewizji w dniu 17 kwietnia 1982 roku powiedział: „Rzeczą najważniejszą jest [...] wewnętrzna formacja odbiorców, uczynienie ich w pełni odpowiedzialnymi tak, aby mogli stanąć wobec środków łączności społecznej nie w postawie biernej i odbiorczej, ale czynnej i zdolnej do reakcji...”.

Zapamiętajmy te słowa, które w sposób zwięzły wyraża sentencja Alexa De Toquille, że „do tryumfu zła wystarczy, aby porządni ludzie nic nie robili”.

dr Jan Szafraniec - filozof, psycholog, doktor nauk medycznych, psychiatra, senator Rzeczypospolitej Polskiej; artykuł pochodzi ze strony: www.szafraniec.senatorowie.pl/referaty.html?doc=854 strona dostępnna: 19 05 2007