Uzależnienia od mediów

Data publikacji: czwartek 11 czerwca 2009
Autor: Piotr Drzewiecki Publikacje autora
Dział: Zagrożenia > Uzależnienia
Odsłon: 3923

Często słyszy się o zagrożeniach związanych z mediami. Psychologowie straszą siecioholizmem i teleholikami. Tymczasem nałogowe mole książkowe i smakosze dobrej muzyki określani są zupełnie innymi, pozytywnymi terminami: jako biblio- i audiofile. Można przypuszczać, że trąbienie wszem i wobec o uzależnieniach medialnych to tylko kolejny przejawem lęku przed nowymi technologiami i przejściowo chwytny temat prasowy. Wydaje się, że normalnego odbiorcy i nowych, i starych mediów takie zagrożenia nie dotyczą.

A jeśli już mowa o uzależnianiach. Zaważmy, że można być zniewolonym przez niemal każdą rzecz na tym kochanym, Bożym świecie: zakupy, hazard, narkotyki, kręgle. Media nie są tutaj wyjątkiem. Choć zdarzają się takowe formy niewoli – o których poniżej – dyskusja o nich wprowadza rodzaj medialnej paniki. To tak jakby ludzie zaczęli bać się jeździć samochodami z powodu rosnącej ilości wypadków drogowych. Przyjrzyjmy się zatem owym uzależnieniom, by z drugiej strony wyraźnie zaznaczyć: nie jest wcale tak źle. Grunt żeby umieć wyłączyć telewizor lub komputer. 

Ostatnio dużo w Internecie o tzw. syndromie kciuka PlayStation. Autorką tej rewelacji jest pewna 13-letnia dziewczynka, której tekst opublikowano na łamach najważniejszego południowoafrykańskiego pisma medycznego. Safura Abdool Karim podsumowała w nim swoje badania nad zagadnieniem „kciuka PlayStation”. “South African Medical Journal” opublikował tekst, w którym Karim opisuje badania, jakim poddała 120 kolegów i koleżanek ze swojej szkoły, regularnie korzystających z gier wideo. Chodziło o zdiagnozowanie dolegliwości fizycznych, będących efektem grania na konsoli. Symptomy „kciuka PlayStation” (który kilka lat temu, zanim Sony udanie zadebiutowało na rynku gier, nazywany był „kciukiem Nintendo”) to opuchlizna i drętwienie kciuka. Takie objawy wystąpiły wśród 45 ankietowanych dzieci. Opisywany syndrom przypomina dobrze znany lekarzom zespół urazów wynikających z chronicznego przeciążenia mięśni, znany pod angielskim skrótem RSI (Repetitive Strain Injury). Jednak 13-latka dostrzega też istotne różnice. Choć RSI nie jest zjawiskiem nowym, w przeszłości cierpieli na niego głównie dorośli – napisała młoda badaczka. Dziś komputery i gry komputerowe prowadzą do powstawania nowych problemów medycznych, takich jak kciuk PlayStation, który coraz częściej występuje u dzieci. Artykuł trafi do międzynarodowego rejestru fachowych publikacji medycznych. Safura Abdool Karim sama nie posiada konsoli, a grę na niej uważa za stratę czasu.

Innym syndromem współczesnej kultury medialnej jest tzw. zapping. Polega na nieustannym przerzucaniu kanałów telewizyjnych. Efekt wynika z chęci ominięcia nudnych zwykle reklam telewizyjnych – chociaż trzeba przyznać, że ostatnie kabaretowe odsłony telefonów komórkowych wywołują uśmiech i przykuwają widza do fotela. Po drugie zapping to wyraz pragnienia bycia naraz w kilku miejscach telewizyjnego świata. Byleby niczego interesującego nie przegapić. Telefil wędruje po kanałach, omija mniej dramatyczne wątki fabuły telenoweli, by naraz znaleźć się wśród publiczności teleturnieju, w którym gra toczy się o milion. Lub móc wybuchnąć śmiechem w jednym z popularnych dziś programów z udziałem znanych i lubianych. Do czego prowadzi efekt zappingu? Do bardzo powierzchownego i płytkiego odbioru dzieł kultury popularnej. Liczy się przyjemność chwili, prędkość zmian i doznanie, suspens – a więc niepewność „co się stanie?” i dające satysfakcję zaskoczenie. Widz wyłapuje te momenty, które w jego ocenie dają mu największe doświadczenia emocjonalne. Jest żądny sensacji i niezwykłości. Również cała ta telewizyjna machina jest nastawiona na dawanie mu ekstazy. Teoretycy kultury i medioznawcy lubują się w wymyślaniu podobnych syndromów medialnej kultury popularnej. Mnożą opinie o fastfoodyzacji, kulturze instant – wszystko natychmiast niczym zupa w proszku, kulturze klikania – zobacz i wybierz, co chcesz, zawsze masz jakąś opcję. Te diagnozy są uzasadnione, ale wprowadzają wśród uczestników kultury popularnej rodzaj przerażenia.  

Ciekawym rodzajem medialnego strachu był np. problem roku 2000. W dniu milenijnego przesilenia wszystkie niezmodernizowane komputery i urządzenia domowe miały oszaleć. Problem tkwił w źle zaprojektowanych zegarach maszyn, które znały tylko dwie ostatnie cyfry roku. Obawiano się, że po 99 nastąpi 00, co zostanie uznane przez maszyny za cofnięcie się o wiek i wszystko zwariuje. Modernizowano, pisano specjalne programy, w pośpiechu, w obawie o dane i twarde dyski. Nic się nie stało. Nie zanotowano szczególnych przypadków milenijnego problemu. Tak więc można powiedzieć: media i technologie straszą swoich własnych użytkowników. A naprawdę wszystko toczy się normalnie. Ktoś chyba nieźle na tym zarabia. Sianie paniki to medialna metoda od dawna. Ale sianie paniki przed mediami w mediach? Strach wpisany w technologie? Można o tym poczytać, ale spokojnie. W końcu to my jesteśmy odbiorcami i użytkownikami naszych podziwu godnych wynalazków.

Oprócz rozmaitych syndromów, pseudotechnologicznych problemów, kulturowych efektów stworzono jeszcze jedną kategorię przerażania odbiorców. Uzależnienie. Owszem, pewnie że jest to możliwe, ale nie aż tak wyjątkowe. Mówi się czasem o IDA – Internet Addiction Disorder, po polsku: siecioholizm. To przymus bycia w sieci. Internet stał się czymś niemal niezbędnym do życia w społeczeństwie. Wielu z pewnością zostało internetoholikami, ale nie na zasadzie prostej implikacji: często korzystasz z komputera, jesteś informatycznym nałogowcem. Jedno piwo alkoholikiem nie czyni. IDA porównuje się jednak to uzależnienia alkoholowego. Inny rodzaj uzależnienia to telehipnoza w którą, może wpadać częsty i namiętny gracz komputerowy. Przypomina trans, prowadzi do zmiennych stanów świadomości. Albo wspomiany już teleholizm. Rosnąca oglądalność stacji telewizyjnej, wzbogacanie ich oferty, prowadzi do wzrastającej naturalnie liczby widzów. Stąd i liczba uzależnionych może rosnąć.

Świadomy siebie odbiorca może jednak określić się jako interno-, audio-, tele- czy wideofil. Taki ktoś rozkoszuje się medium. Podobnie jak piwosz piwem. Odkąd mam stały Internet rzeczywiście spędzam przed komputerem ok. 6 godzin dziennie. Plus 3 godziny telewizji. Czy to nie za dużo? Być może, ale Internet stał się moim miejscem pracy, źródłem przyjemności – rozmowy na gadu-gadu z przyjaciółmi, kulturalnego rozwoju – muzyka mp3, filmy DivX, wikipedia. Ciągle jednak mam ochotę na spacer, rower czy piwo w barze. Podobnie z telewizją. Jeśli puszczają dwa dobre filmy danego wieczoru to siedzę i dłużej. A tu jeszcze publicystyka ciekawa. Żal nie oglądać. Źródłem uzależnienia jesteśmy my sami, a nie cokolwiek innego: w tym wypadku medium.

Zacznijmy traktować Internet czy telewizję jak czytanie książek. Dotąd umownie dzielono odbiorców na mądrych – ci, co czytają i głupich – telewidzów. Podobnie przeciwstawianie nie ma na dłuższą metę sensu. Film może być lepszy od książki i odwrotnie. Przekazy stały się różnorodne, tak jak i nośniki. Wiersz przeczytany w Internecie i w tomiku poezji pozostaje zasadniczo tym samym wierszem. Oglądanie filmu nie musi prowadzić do wysychania naszej wyobraźni.

Edukacja medialna jest z gruntu opozycyjna do straszenia uzależnieniami. Daje pozytywny obraz kultury medialnej. Bierz i korzystaj. Czerp satysfakcję z radia, telewizji, stron www, prasy i książek. Rozwijaj się, wielowymiarowo. I na pewno: nie ma sie czego bać. Dopóki starasz się czynić to wszystko świadomie: nie ma lęku.

dr Piotr Drzewiecki - wykładowca uniwersytecki, adiunkt w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW w Warszawie. Prowadzi serwis edukacyjno-medialny presscafe.eu