Rytmy demonów

Data publikacji: niedziela 05 kwietnia 2009
Autor: Adam Waligórski Publikacje autora
Dział: Zagrożenia > Różne
Odsłon: 3058

O imprezach techno jako o czarnych mszach, o własnym obcowaniu z satanistami i późniejszym nawróceniu, o największej w dziejach propagandzie demonów, której celem jest zagłada świata, a także o ogromnych wyzwaniach stojących przed duchownymi, mówił 15 maja 2008 w auli łowickiego seminarium duchownego Lech Dokowicz. Dokowicz opowiedział licznie zebranym słuchaczom historię swojego życia i opisał system i symbolikę satanistycznych treści, wpajanych nieświadomym tego młodym ludziom podczas największych imprez techno. Związany obecnie ze środowiskiem „Frondy” i dawnego „Ozonu”, czterdziestodwuletni Leszek do kościoła przestał chodzić w wieku 14 lat. 
  
Uzyskując pełnoletność
  
wyjechał do Monachium. Trenował tam młodzieżowe zespoły koszykarskie, założył z kolegami wspólną grupę teatralną, odnalazł się ostatecznie jako operator kamery. Wraz z przyjaciółmi chodził na imprezy techno, na których zaczęły pojawiać się całkiem nowe narkotyki. Otaczali go, jak sam mówił „młodzi, zdolni”, tworzący ruch związany z muzyką techno. Interesowali się zagadnieniami związanymi z dźwiękiem, światłem, laserami. Po radę przy tworzeniu jednego z awangardowych projektów dźwiękowych, wysłany został przez kolegę do niejakiego Petera. Po rozmowie z nim był Dokowicz zachwycony swoim rozmówcą, jego inteligencją i błyskotliwością. Po krótkim czasie zawiązała się między nimi relacja „uczeń - mistrz”. 
  
Pompowanie ego
   
Peter był dla Dokowicza guru. Dlatego też nie odmówił gdy ten złożył mu propozycję nakręcenia filmu z imprezy techno na statku podczas rejsu po Morzu śródziemnym. Co więcej, było to spełnienie jego młodzieńczych pragnień: na pokład wstęp miała jedynie „śmietanka”: najlepsi didżeje, producenci odzieży itd. Zadanie wykonał na tyle fachowo i z pomysłem, że Peter zaproponował mu osobiste szkolenie. Dla Lecha Dokowicza spełnieniem marzeń była nauka od „mistrza”. Pochłaniał ogromne ilości książek i wywiadów z osobistościami, zadawane mu jako prace domowe. Kręcił podczas największych wydarzeń z muzyką techno. Poznawał najlepszych didżejów świata, operatorów świateł itd.  
  
Wtedy tego nie czuł, ale z każdym „awansem” jego ego było stale pompowane. Szczególnie wówczas, gdy hollywoodzka wytwórnia zaproponowała mu wyprodukowanie filmu dokumentalnego o imprezach techno. Spotkania z najsłynniejszymi ludźmi branży filmowej oraz możliwość filmowania największych eventów pod opieką Petera zdawały się mu być szczytem marzeń. Rozpoczął długą pracę, zbierając materiały do filmu. Dostrzegał już wówczas jak coraz bardziej agresywna staje się muzyka, widział na eventach symbole śmierci, stykał się z nowszymi narkotykami, które zadomowiły się na tego typu imprezach. Ale tkwił w tym. 
   
W ramionach złego
  
Podczas pracy nad zbieraniem materiału, w niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego urodził się mu syn - Robert. Tak jak się umówili, od razu po narodzinach pojawił się w szpitalu Peter. Wziął malca na ręce, głaskał, tulił i szeptał. Po paru minutach oddał chłopca matce. Od tej pory, każdej nocy przez godzinę dziecko wydawało z siebie dziwne, nienaturalne dźwięki. Rodzice byli zaniepokojeni, jednak trwało to jedynie godzinę, więc nie szli z małym do lekarza. 
  
Niedługo po jego urodzinach zawitała do ich domu para, którą znali z imprez techno. Co charakterystyczne - ta dwójka zawsze stała w klubach z boku, patrząc na pijanych i zaćpanych uczestników imprezy z wyrazem politowania na ustach. Przynieśli prezent dla Roberta, do powieszenia na ścianie pokoju. Obraz nie spodobał się rodzicom, postanowili go wyrzucić. Leszek chciał jednak zatrzymać ramkę. Okazało się, że pod obrazem zamieszczone były dwa inne, identyczne obrazy, przedstawiające lecącego w górę anioła, w którego głowę leci starzała. 
   
Mayday 1996
   
Zdenerwowany Leszek Dokowicz postanowił spytać o symbolikę tych obrazów swojego mistrza - Petera. Okazją był Mayday 1996 z 30 kwietnia na 1 maja w Dortmundzie - największa wówczas impreza techno na świecie, skupiająca najlepszych z najlepszych, impreza - legenda. Peter, który okazał się być jedną z osób, decydujących o kierunkach rozwoju i przedsięwzięciach całego ruchu techno, odpowiedzialny był wraz z Leszkiem za przekaz wizualny na gigantycznych ekranach o godzinie 1 w nocy. Wtedy to za konsoletę wkraczali najlepsi didżeje imprezy, sama elita.  
    
Co ciekawe, jedynie właśnie do godziny 1 kamerzyści i fotografowie mogli wykonywać swoją pracę... Na imprezach techno didżeje potrafią, wykorzystując otępiający rytm, światło, lasery i animacje video, wywołać euforię, agresję czy pożądanie seksualne u tysięcy ludzi jednocześnie. Zapytany o symbolikę obrazów Peter zdenerwował się i wpadł w zakłopotanie. Odsunął dyskusję na później, trzeba było iść ustawiać sprzęt przed imprezą i przygotowywać materiał na ekran. 
   
Mayday wystartował! O 1 w nocy nadszedł czas na wizualizacje do muzyki granej przez West Bem’a. „Mistrz” wezwał do siebie Leszka i co kazał mu oglądać puszczane na gigantycznych ekranach filmy. Były one dziwne. Widział delfiny opadające bez sił na dno i ryjące dziobami w piach, a następnie odzyskujące siły i płynące w górę po torze spiralnym. Delfinami nazywali siebie najważniejsi twórcy ideologii ruchu techno i najlepsi didżeje, ponieważ zwierzęta te komunikują się około dwieście razy szybciej niż zwykli ludzie. 
    
W następnej kolejności ujrzał on trzech ludzi stojących plecami do siebie, trzymających w prawych rękach łopatę i kopiących w ziemi. Scena ta trwała kilkanaście minut, „kopaczom” udało się za pomocą łopat utworzyć pewien symbol, który początkowo kojarzył się Dokowiczowi z trzema dziewiątkami buddyjskiego ruchu Zen. Później zobaczył Leszek „składaka” - relację live z hali, ukazującą pojedyncze tańczące, naćpane i nieświadome obecności kamery osoby przeplataną sfilmowanymi ujęciami skoku do wody z wieży. Oba przekazy zmieniały się na ekranach z zawrotną prędkością.
    
Na koniec zobaczył Leszek dwóch bliźniaków, obu z uciętą u kolana jedną nogą, Jeden leżał i nieudolnie (co chwila się przewracał) próbował wstać, drugi usiłował utrzymać równowagę. Kiedy leżącemu na ziemi udało się stanąć, upadł drugi - sekwencja ta powtarzała się przez kilkanaście minut. Tego Lech nie zrozumiał. Spytał Petera o sens tej wizualizacji. Ten pokazał ręką na bawiący się tłum - to oni, powiedział. Poznanie prawdy Wtedy Leszek odkrył z kim obcował. Byli to sataniści.
     
Domniemany buddyjski znak to oczywiście trzy szóstki - symbol szatana. Przeplatające się obrazy skoku do wody i tańczących w transie układały się w kształt krzyża. Bliźniacy bez jednej nogi to nieświadome ogromnej manipulacji, celowo wprawiane w trans za pomocą szybkich bitów, basów, narkotyków i laserów ofiary mszy, przekazywane niejako szatanowi. 
    
Prawdę odkrył Leszek w jednej chwili. 
   
Jak sam mówił, miał wtedy uczucie jego własnej duszy wpadającej do piekła. Poczuł, że stracił życie. Upadł na kolana i zaczął się modlić. Wtedy to ukazał mu się archanioł Michał i bezpiecznie pozwolił opuścić teren imprezy i uzyskać idealne połączenie kolejowe do Gdyni, gdzie mieszkała jego rodzina. Co znamienne, kiedy chciał zadzwonić do żony, by ta sprowadziła księdza do dziecka, które, teraz był pewien, omotane było nieczystymi siłami, po drugiej stronie drogi zatrzymał się samochód, z którego wysiadł ubrany całkowicie na czarno mężczyzna. Rejestracja dortmundzka, ostatnie trzy jej cyfry to trzy szóstki. Leszek czym prędzej opuścił to miejsce... 
    
Podróż pociągiem do kraju 
    
nie była łatwa. Wszędzie wyczuwał obecność demonów. Odczucia te nasiliły się przede wszystkim podczas przejazdu przez Berlin - miasto Love Parade, największych i najsłynniejszych klubów, miejsce dla tych, którzy w muzyce techno wyznaczali wówczas trendy. Dokowicz porównał je do biblijnej Sodomy. Nagłe uczucie, iż siły nieczyste opuściły go, pojawiło się w chwili gdy do przedziału wszedł celnik - na granicy z Polską. Wtedy to Leszek uświadomił sobie religijność naszej ojczystej, „wymodlonej”, co roku święconej przez księży ziemi.  
   
Oczyszczenie Po powrocie do Polski pierwszy raz od 18 lat Leszek wyspowiadał się. Walka trwała jednak parę lat, ponieważ wcześniej długo żył tak daleko od Boga, a tak blisko świata demonów. Pomogły mu szczególnie surowe rekolekcje ignacjańskie u jezuitów. Mieszkanie oczyścili ze wszystkich broszur ruchu, płyt od didżejów, na których mnóstwo było satanistycznych grafik. Dokowiczowie wyrzucili na przykład obraz otrzymany od przyjaciół z Japonii, wiszący na drzwiach pokoju dziecka, przedstawiający węża i trzy czarne róże. 
   
Mały Robert został ochrzczony
   
odprawiane były nad nim egzorcyzmy, nienaturalne dźwięki wydawane przez dziecko zniknęły. Leszek nawrócił się, jest obecnie ojcem pięciorga dzieci, jego córki przychodziły na świat w dni największych świąt maryjnych. Kręci filmy dokumentalne świadczące o zagrożeniu niesionym przez ruch techno, o obecności sił nieczystych. Asystował z kamerą między innymi Janowi Pawłowi II podczas dwóch pielgrzymek do kraju. Czarne kolory techno Na koniec spotkania w auli seminarium Lech Dokowicz ostrzegał przed ruchem techno. „Od środka” wyjawił jego sens. 
   
Oto imprezy muzyczne tego typu są niemal czarnymi mszami. Didżej, jako kapłan, stoi na podwyższeniu. Pojawiają się symbole ognia. Za pomocą bardzo skomplikowanego połączenia bitów i laserów, nieświadomi, będący często pod wpływem narkotyków młodzi ludzie wprawiani są w trans. Nie bez przyczyny najlepsi didżeje jeżdżą do plemion pierwotnych, by zbierać sample, które od tysiącleci wprawiały ludzi w stan odurzenia. 
    
Didżeje pogardzają tłumem
    
Manipulują nim, dając dostęp do ich dusz diabłu i demonom. To bawiący się są ofiarami mszy. Do człowieka będącego w transie siły nieczyste mają bardzo łatwy dostęp, niezwykle szybko „opanowują go”. Podczas wielu imprez hale udekorowane są obrazkami, normą jest wyświetlanie na ekranie przekazu wizualnego. 
   
Leszek pokazał na spotkaniu parę obrazów, nakręconych przez niego ukrytą kamerą. Na niewyróżniających się niczym dekoracjach, po parokrotnym zbliżeniu doskonale widać było twarze diabła. Opowiadał także o berlińskiej Love Parade - największej imprezie techno na świecie, w której bierze udział ponad pół miliona roznegliżowanych ludzi. Pod pomnikiem Anioła Zwycięstwa, wybudowanym na polecenie Bismarcka, który prowadząc antykościelną politykę Kulturkampfu, nie mógł zlecić budowy pomnika anioła bożego, didżeje grają szczególny typ muzyki, ciężki i siermiężny. 
   
Posąg skąpany jest w czerwonym świetle, a wielu młodych ludzi, ucharakteryzowanych na czcicieli szatana wznosi ręce w górę. W zakończeniu Leszek mówił przede wszystkim do kleryków, przyszłych księży, o czekającej ich trudnej misji. Przestrzegał o nadchodzącej największej walce o wolność dusz i religii. Mówił, że walka, jaką trzeba będzie stoczyć z siłami nieczystymi, nie da się porównać nawet do sytuacji z lat 60. ubiegłego stulecia - rewolucji seksualnej hippisów. W tej walce księża mają być ostoją, przykładem. 
          
Spotkanie było niezmiernie ciekawe. Żywy i autentyczny język dającego świadectwo, a także niebywała inteligencja tego człowieka sprawiły, iż ponad dwugodzinne spotkanie minęło niezwykle szybko. 
    
Adam Waligórski, źródło: Internet/Nowy Łowiczanin  

Jeśli chcesz posłuchać tego świadectwa wejdź tutaj.